Dolina Matsuki

niedziela, 22 czerwca 2025

Lato rozpędzone do temperatur 35-stopniowych, więc w pierwszy wolny dzień, których ostatnio było zero – wyruszamy nad rzekę. Myślimy, że przy rzece się schłodzimy. Mylimy się. To, co miało być orzeźwiającą rzeką, okazuje się małym potoczkiem płynącym dziwną, kamienistą doliną. Smażymy się, idąc tamtędy, ale przyświeca nam szczytny cel: japoński Grand Canyon – no więc kontynuujemy.

W Dolinie Matsuki były kiedyś kopalnie miedzi. Idąc nią, można napotkać co jakiś czas porzucone koparki, kopy piachu, ziemi i różne inne konstrukcje.

Część wygląda na dalej używane, a część zardzewiała i zarośnięta.

W międzyczasie tego trochę postapokaliptycznego spaceru – atrakcja numer jeden: most wiszący nad potokiem, służący do prowadzenia przewodów. Chłopaki zdobywają go wzdłuż i wszerz, a mały chłopak dokonuje swojego najbardziej szalonego aktu życia – sika do rzeki z wysokości. Fakt, że ojciec mu na to pozwala, zdecydowanie wpada do worka „wspomnienia z dzieciństwa”.

Oraz staje się tematem do wielu rozważań pt. o wiele fajniej mieć penisa.
Idziemy dalej, częściowo rzeką, która się poszerza, a częściowo jej brzegiem.
Po drodze studium mrówek, ratowanie ich przed mrówkolwami oraz szukanie cienia w drzewach.
Krajobraz robi się coraz ładniejszy.

Skały dookoła ponoć były jakiś czas temu nagie – na skutek pożarów i spalin z kopalni. Natura jednak powraca, wszystko zarasta, a dolina znana jest z dużej liczby zwierzyny. Zaświadczamy, że to prawda. Napotykamy liczne (świeże!) kupy niedźwiedzi, zajęcy i saren – tych ostatnich też kilka egzemplarzy, zarówno żywych, jak i martwych.

Po drodze kilka tam i przepraw przez wodę, w poszukiwaniu tras godnych naszych stóp.
Ostatnia tama zdobyta. Chłopaków widać tam u góry porządnie.
Mój ulubiony ostały kawałek jakiegoś budynku – robiący miejsce drzewu.
Niektóre etapy pokonujemy na wysokościach (gdy nie da się już rzeką iść).
Nawet poprzez takie parzące jak słońce skały.
Potem znowu rzeka i kolejnych kilka przez nią przepraw.
No i zrobione. Dolina obiecana, gorące el dorado osiągnięte.

Jest całkiem ładnie. A pod wieczór, gdy zasuwamy z powrotem, żeby zdążyć przed ciemnością – już nawet nie tak gorąco.

Lubimy miejsca, w których nikogo nie ma. Przez cały dzień spotykamy dosłownie dwóch młodzieńców ze sprzętem wspinaczkowym oraz grupę starszych panów (w okolicach parkingu), zachwyconych, że jesteśmy z Polski, bo Kraków odwiedzili i był przepiękny.

Lubimy też, że nie mamy zasięgu w telefonach i przez cały dzień mijamy szkielety sarenek. Choć przyznaję, że trochę niepokojąco – jest ich tam za dużo. Są to jednakowoż objawy tego, że jesteśmy w miejscu, w którym nie rządzą ludzie. Taka orzeźwiająca perspektywa przy niedzieli.