Tohoku pociągami

Wiosenne tygodniowe ferie dzieci przeznaczamy na poznanie rejonu Tohoku – na północ od Tokio. Robimy to pociągami przy pomocy tygodniowego biletu na nieograniczone przejazdy Shinkansenami, czyli japońskimi pendolinami. Swego czasu znaliśmy wszystkie modele i serie tych pociągów. Teraz za to znamy wiele gatunków mrówek (kto zna Tomka, ten wie czego współczuć).

Tak więc oto od góry: Tsubasa, Hayabusa, Komachi oraz Hayabusa dająca buziaczka Komachi.

Bujanie się tymi pociągami jest zdecydowanie atrakcją numer jeden wycieczki. Są one po prostu niezłe, śmigają 300+ km/h, złączają się i rozłączają na poszczególnych odcinkach trasy, no i są w punkt punktualne. Zdarza nam się a jednak doświadczyć opóźnień i anulowań spowodowanych silnymi wiatrami. Sytuacja bez dramatów, zarządzanie pasażerami mistrzowskie. Ale też sami pasażerowie mistrzowscy: nikt się nie wkurza ani nie oburza. No poza nami, którzy podczas dłuższego postoju na stacji w oczekiwaniu na ponowne uruchomienie maszyny, wzdychamy i biadolimy, że co to ma być… Polacy.

Powyższym zdjęciem pragnę nadmienić, że podróżujemy nie tylko Shinkansenami, ale również lokalnymi, milutkimi, powolnymi i głośno stukającymi pociągami.

Nasza wyprawa ma na celu zaliczenie wszystkich sześciu prefektur rejonu Tohoku. No i udaje się. Ale niektóre prefektury zaliczone są tylko w postaci przejścia się naokoło stacji (głównie przez wyżej wspomniane trudne warunki atmosferyczne).

1. Morioka, Iwate.

Prefektura Iwate jest naszą pierwszą bazą, ogarniamy ładne miasteczko Morioka, odwiedzamy parki i kompleks basenów z gorącymi źródłami.

Do atrakcji miasta należy drzewo wiśni, jeszcze nie kwitnącej, przebijające kamień oraz makaron na zimno z ogórkiem, jajkiem i jabłkiem (alternatywnie arbuzem).
2. Aomori, Aomori.

Kolejny dzień to wycieczka do Aomori, miasta, które ma najwięcej śniegu na świecie. Jest już roztopiony, ale w lesie i na stokach jeszcze sporo, najwięcej ile widzieliśmy w życiu.

Nie dajemy rady zbudować bałwanów, bo kule za ciężkie i nie da się ich podnieść.
Aomori ma fajne muzea: muzeum Nebuta (sławnego lokalnego festiwalu letniego z wielkimi platformami-lamprionami) oraz muzeum sztuki (jest w nim sztuka).
3. Akita, Akita.

Pieska Akitę, który to bierze swą nazwę od nazwy tej prefektury, ujrzeliśmy tylko w postaci wielkiego pluszaka na stacji i kilku posążków po drodze.

W mieście Akita za bardzo wiało i lało, szybko więc odwiedziliśmy zamek i muzeum, po czym pożywiliśmy się obficie i wycofaliśmy z regionu.
4. Yamadera, Yamagata.

W Yamagacie zdobyliśmy świątynię Yamadera, położoną na zboczu góry. Wymagało to pokonania tysiąca stopni, ale było warto.

Losowo wybrane elementy świątynne.
Budyneczki należące do kompleksu świątynnego powciskane w skalny krajobraz.

W Yamagata podoba nam się również fajny szpital z XIX wieku, otwarty do zwiedzania. Po pierwsze budynek świetny, a po drugie zawartość ciekawa. Wszyscy doceniamy życie w naszych czasach teraz. Niestety nie wszystkiemu można było robić zdjęcia.

Przybory do gastroskopii, okulistyki i innych jakiś operacji.
5. Fukushima, Fukushima.

Fukushimę warto odwiedzić ze względów historycznych, żeby móc poczuć jak bardzo miasto ucierpiało po trzęsieniu ziemi w 2012. Na pewno kiedyś to zrobimy. Tym razem wystarczyło czasu tylko na odwiedzenie stacji.

6. Sendai, Miyagi.

Sendai to największe miasto rejonu Tohoku. Nie narzekamy, nie wychwalamy. Polecamy muzeum nauki, dzieci spędziły dużo czasu tam i aż poczuły, że muszą wystawić dobre recenzje temu miejscu. Nam się podobał głównie budynek na zewnątrz – niczym z serialu Dark, troszkę mroczny i pordzewiały.

Minerały, mrówki, eksperymenty i inne atrakcje.

Ogólnie całe miasto ma trochę klimat Dark. Spójrzcie na poniższą świątynię – największy w Japonii posąg Bodhisattwy, czyli kogoś będącego na drodze do oświecenia.

Widok z autobusu, przed wejściem, no i w środku: schody i posążki Buddów na każdym piętrze.
Moje ulubione, dosyć surrealistyczne widoki, galerie handlowe, zbiorniki z wodą i zardzewiałe budki jakieś, a nad wszystkim góruje Sendai Daikannon.

Tak właściwie to gdyby chcieć podsumować Tohoku, to jest to trochę serial Dark, czyli życie w kilku osiach czasowych. Pociągi z przyszłości, a cała reszta z przeszłości. Wiele miejsc sprawia wrażenie jakby stanęły w czasie jakieś pół wieku do tyłu. Kilka odrębnych rejonów, z których każde swoją specjalność ma, jeden słynie z jabłek, drugi z wiśni, kolejny z kurczaków, a następny z deserów z fasolek edamame.

Zakańczam tę piękną fotorelację pięknymi jedzeniami, których się najedliśmy, jak to na wakacjach bywa.

No i dziękuję za uwagę. Przekrojową wiedzę o Tohoku mamy, teraz będziemy wracać w konkretne miejsca, robić w nich konkretne rzeczy.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *