Manganji

Przyszła wiosna i trzeba mi pisać mojego bloga. Prawda jest taka, że fajnie rejestrować mijające życie i nasze go przeżywanie. Zbyt łatwo zapomina się wspomnienia.

No więc czas opisać naszą ostatnią niedzielę. Zwłaszcza, że była to niedziela jakiej trzeba nam co niedzielę.

Poranek dosyć wczesny, bo już o 8 siedzimy w samochodzie i opuszczamy betonową dżunglę Tokio. 1.5 h potem wysiadamy na parkingu przyświątynnym, w prefekturze Tochigi, przejechawszy uprzednio podejrzane tereny opuszczonych (a może jeszcze działających?) kamieniołomów.

Dojeżdżamy do buddyjskiej świątyni Manganji.

I od razu jest pięknie.

Jest to niezły las, którym ruszamy w kierunku jaskiń, bo wiemy, że są tutaj takie, w których mnisi dokonywali tzw. detoksu bodźcowego, czyli, że wchodzili tam w całkowitą ciemność i trwali bez żadnych bodźców ze świata zewnętrznego.

Trasa jest mega, bo już dawno zaniechana.
Niektóre etapy mocno zamchlone. Cudownie.
Najpierw odwiedzamy święty obiekt wybudowany na ścianie skalnej,
który kryje w sobie tę formację będącą obiektem kultu.

Przypomina ona podobno bodhisattwę, istotę dążącą do oświecenia, miłosierdzia lub możliwe, że inne rzeczy (np. mnicha założyciela tej świątyni czy odwrócony kwiat lotosu) – wg mojej interpretacji oznaczeń.

Następnie już naszymi ulubionymi dzikimi krzakami głębiej w las.

Fragmenty drogi kiedyś używanej przez mnichów jeszcze gdzieniegdzie osuwają nam się pod nogami.
No i tam będziemy wchodzić.
Włazimy i jest na prawdę imponująco.
Szybko jednak robi się zbyt kurde imponująco. No po prostu extra.
A na ścianach pełno ich, wielkości dużych męskich dłoni.

I medytacja w ciemnościach dla niektórych z nas staje się już niemożliwa.

Dochodzi do rozłamu. Ja i mami synek stajemy w jednej z komór jaskini bez ruchu, postanawiając czekać aż pieprznięty tatuś i jego córeczka przeczołgają się do kolejnych komór jaskini i pomedytują.

Po wykonaniu zadania oraz znalezienia geocache (niektórzy dobrze się domyślają, że nie tylko chęć medytacji w ciemnościach nas tam zaciągnęła), udajemyy się do kolejnej jaskini.

Na szczęście nie jest to ta dziurka. Przynajmniej nie to wejście.
Wejście to tej jaskini jest zacne – schodami.

W środku również znajdujemy geocache, ma w sobie lampkę projektującą światełka i gwiazdki, więc zaliczamy dodatkowo mini-show, ku uciesze głównie mojej.

No i potem powrót lasem i przez tereny świątynne.

Już dawno zaniechane…
Ale na zawsze piękne.
Mijamy kilku pielgrzymów, rzeczywiście idących do jaskiń na modlitwy.

Fakt ten zmiękcza mi serce przez większość czasu zatwardziale krzyczące, że co my wyprawiamy… że te jaskinie to na pewno niebezpieczeństwo. No cóż, zapewnienia męża nie mają aż takiej mocy jak widok, że ktoś inny to też robi, zwłaszcza jeżeli ubrany jest w buddyjskie wdzianko i ma przy sobie koraliki do modlitwy.

Na koniec zjadamy wielki kosz sławnych na całą prefekturę makaronów soba oraz kilka rybek w całości.

A jako, że słońce jeszcze wysoko, udajemy się do parku na lody.

Tam brutalnie zostajemy uświadomieni, że ta niedziela…

mogła być tą ostanią niedzielą…

Dzięki wężu. Jeśli google nas nie mylą, to mogłeś nas nieźle zabić.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *